poniedziałek, 11 listopada 2013
Zdrowe żywienie wg Kariny Najder.
Urodziłam się w latach 70-tych. Wtedy jak wiecie były pustki na półkach sklepowych, a po towary stało się w gigantycznych kolejkach. Moi rodzice potrafili radzić sobie w owych czasach. Dziadkowie byli rolnikami, mieli gospodarstwo rolne 30 km od Poznania. Hodowali świnie, kury, kaczki, króliki, mieli mały sad i ogród warzywny. To dzięki nim mieliśmy mięso, kiełbasy, szynki z tzw. świniobicia. Co roku zapas ziemniaków, owoców, warzyw i pyszne jajka. Dziadek syrenką dostarczał nam prowiant. Mama zaprawiała owoce (kompoty, dżemy, powidła, soki), warzywa (buraczki, ogórki, fasolka) i gotowała z nich pyszne potrawy. Nic się nie marnowało. W moim domu rodzinnym nie wyrzucano jedzenia.
Nie obce były mi dania takie jak czernina, salceson, kurze serca, żołądki, łapki kurze.
Nigdy nie zapomnę smaku rosołu ugotowanego przez moją babcię z kury, która dopiero co biegała po podwórku, zapachu warzyw, świeżo ściętej pietruszki i smaku domowego makaronu...
Nigdy ja ani moje rodzeństwo nie piliśmy coli, napojów gazowanych. Na stole codziennie gościł kompot, syropy mojej mamy z wodą, soki ze świeżych owoców, koktajle owocowe.
Pyszne herbatki z sokiem owocowym mojej mamy znały wszystkie dzieci z bloku :)
Mleko było w szklanych butelkach, a smak mleka był zupełnie inny aniżeli jest teraz. Jogurtów nie jadałam, deserem był budyń, kaszka manna z sokiem (wyrób mamy), kisiel, kogel mogel no i sobotnie wypieki mojej mamy i bardzo duże ilości owoców i warzyw krojone w kosteczki. Słodycze mieliśmy wydzielane, jedna kostka czekolady pełno mlecznej po obiedzie.
Kiedy urodziła się moja siostra, rodzice kupili działkę. Na niej uprawiali warzywa, owoce. Były małe, koślawe, niekształtne, czasami z robalami, ale były nasze.
Okres wakacyjny kojarzę bardzo źle, z początkiem lata wyjeżdżaliśmy na kolonię a potem przychodziła czas zbioru upraw z działki. Najpierw zbieraliśmy warzywa, owoce, potem tato ładowała w nasze plecaki zebrany prowiant. Najcięższe były jabłka. Potem z walizkami, plecakami wypełnionymi po brzegi zbiorami z ogrodu szliśmy na pociąg. Z pociągu na tramwaj i do domu. W domu nie było mowy o tym aby położyć się i odpocząć. Czekało nas obieranie, skubanie, krojenie a mama do późnych godzin nocnych dzieliła, mroziła, zaprawiała. To dzięki niej mieliśmy o każdej porze roku świeże warzywa i owoce.
Do tej pory moi rodzice mają tę działkę, nadal mama zaprawia, ale już nie w takich ilościach jak kiedyś :)
Jestem im wdzięczna za to, że tak o nas dbali, że dawali nam wartościowe pokarmy jednocześnie pokazując ile trzeba włożyć trudu w to aby je wyhodować a potem przerobić... Nigdy ani ja, ani moje rodzeństwo nie mieliśmy alergii, uczuleń, mało chorowaliśmy. Mamy doskonały wzrok i mimo tego, że jesteśmy coraz starsi nie skarżymy się na jakieś dolegliwości.
I to jest dla mnie Kariny Najder zdrowe odżywianie.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz